piątek, 5 lipca 2019

Scirocco w Hartha

Wśród moich klientów sporą część (około połowy) stanowią ludzie, którzy żyją w Niemczech. To może się wydawać dziwne, w końcu powinni sobie sami poradzić, jednak to, że ktoś pracuje w Niemczech, nie oznacza, że swobodnie się w języku niemieckim porozumiewa, w szczególności gdy jeszcze chodzi o sprawy urzędowe. I dziś historia pewnego 19 latka z Krakowa, który pracuje w Bawarii w magazynie dyskontu spożywczego Netto, a który upatrzył sobie wymarzonego VW Scirocco niedaleko od Drezna, w związku z czym postanowił z mojej pomocy skorzystać. 



Wylądowaliśmy na wiosce, na dziedzińcu gospodarstwa oczekiwał już biały bolid. Rocznik 2009, przebieg 212.000km, silnik 2.0 TDI, trzeci właściciel, bezwypadkowy, lakierowana maska -  tyle wiedzieliśmy wcześniej. Cena z ogłoszenia 7900€. Zbijania ceny przez telefon nie było, właściciel, rocznik 1988, wszystkie papiery zostawił matce, która auto w jego imieniu nam pokazała. Pomiar lakieru wszędzie wykazywał ok. 240 mikrometrów, co mnie zdziwiło, ale nie niepokoiło. Widać różne marki i modele dostają powłokę lakierniczą różnej grubości, jednak ważne, by ta grubość była wszędzie proporcjonalna lub przynajmniej symetrycznie identyczna (czyli mierząc np. lewe drzwi kierowcy porównujemy pomiar z prawymi drzwiami pasażera, lewy błotnik z prawym itd.). 

Ze względu na stan 6 letnich opon połączyłem się z właścicielem i zaproponowałem cenę 7500€. Nie było jednak dyskusji, ponieważ ten uważał, że na tych oponach jeszcze sporo można przejechać. Stanęło na cenie 7700€. Nasz młody kupujący zaczął auto jeszcze wnikliwiej oglądać i odkrył skazę na blasze i lakierze na błotniku tył/lewa strona. Wyglądało to nieciekawie a od wewnętrznej strony pokazała się już rdza. Jednak trzeba było dopiero światła słonecznego pod odpowiednim kątem, żeby ta skaza stała się dobrze widoczna. Zaślepki na podnośnik obok tego miejsca nie dało się normalnie otworzyć, niechcący ją wyłamałem i okazało się że jest amatorsko przyklejona na stałe do progu, ponieważ połowa zaczepów wyłamała się już wcześniej. Stało się to dla matki właściciela naturalnie doskonałą okazją by zarzucić nam uszkodzenie samochodu. Jednak wtedy odezwał się we mnie choleryk i podniesionym tonem powiedziałem do niej, żeby takich insynuacji nie probowała robić, ponieważ zaślepka ta ma się normalnie otwierać. 

Biorąc więc pod uwagę skazę blacharską na prośbę kupującego jeszcze raz połączyłem się z właścicielem telefonicznie i powiedziałem że wobec nowych odkryć kupujący oferuje 7500€, albo znikamy. Odpowiedział, że możemy znikać. To słysząc kupujący polecił mi zapytać, czy 7600€, będzie ok, jego pytanie więc niechętnie przetłumaczyłem, mając świadomość, że tą partię negocjacji właśnie przegraliśmy, jeśli nawet nie kryjemy desperacji. Wydaje mi się jednak, że gdy 19 latek kupuje fajne auto, nie będzie przejmować się takimi szczegółami jak konsekwentna taktyka negocjacji. Mówiąc wprost, chodzi tu o tzw. napalenie. Wobec tego poprosiliśmy o papiery, by z nimi jechać do miasta po tablice - auto stało wyrejestrowane. Matka właściciela zażyczyła sobie całej kwoty jako kaucja, właściciel zaś stwierdził przez telefon, że wystarczy jeśli ktoś zostawi swój dowód osobisty. Wtedy matka sobie wymyśliła, że dowód mam zostawić ja, ponieważ jestem najstarszy i w dodatku mówię po niemiecku. Komedia, ale tak zrobiłem. 


W miejskim urzędzie wzięliśmy numerek, jednak przed nami oczekiwały 24 osoby, czyli tłum ludzi. Wystarczyło to, by nie wyrobić się z załatwieniem sprawy przed urzędniczą przerwą obiadową i musieliśmy między 12-13 znaleźć sobie inne zajęcie, czytaj: pójść na kebab. Zaskoczyła mnie kwota do zapłacenia za ubezpieczenie do tablic eksportowych na dwa tygodnie, które to ubezpieczenie kupiliśmy w firmie wytłaczającej tablice w budynku obok. Koszt ubezpieczenia wyniósł 70€ czyli mniej niż kosztuje to w internecie! Tego się zupełnie nie spodziewałem. 

Po historii z renault espace z Bawarii, którą kiedyś już opisywałem, obawiałem się, że urzędnik rejestrujący auto na wywóz będzie chciał zobaczyć samochód i porównać numery nadwozia i silnika. Przypomnę, że samochód został daleko. Obawy okazały się jednak niepotrzebne, nikt auta widzieć nie chciał i jeszcze raz się potwierdziło, że land Bawaria jest, że się tak wyrażę, niemiecki do kwadratu i obowiązują tam zupełnie inne porządki. Wróciwszy już z tablicami dokonaliśmy jazdy próbnej i auto zostało kupione za 7700€. 

Wracając z kupującym jego nowym nabytkiem sporo rozmawialiśmy, zdradził mi, że nie znając mnie i chcąc jakkolwiek upewnić się co do mojej uczciwości, tego bloga wcześniej w całości przeczytał i że chronologicznie pierwsza opisana na nim historia pewnego forda mondeo, a w szczególności to, jak mając wgląd w papiery odnalazłem poprzedniego właściciela i nawet udało mi się z nim porozmawiać przez telefon, brzmiała niesamowicie, wręcz podejrzanie (tą jego niekorzystną dla mnie konstatację zrównoważyły kolejne opisane przeze mnie historie, które jednakowoż ponoć pojawiają się zbyt rzadko - pracuję nad tym :).  Ponieważ jednak tamta historia jest - jak wszystkie - w całości prawdziwa, pozwólcie, że nie będę jej podrasowywać na minus tylko po to, by brzmiała bardziej wiarygodnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz